Zjeść książkę | Blog o moich dwóch największych pasjach — czytaniu i jedzeniu. Może zawierać śladowe ilości kota.
5. wrz 2015 - kryminalne    Brak komentarzy

Co nas nie zabije, to nas zmęczy

Kiedy umiera człowiek, jest to tragedia. Kiedy umiera pisarz, jest to tragedia podwójna, ponieważ wraz z nim umiera rzeczywistość, którą stworzył, postacie, które powołał do życia, a także nadzieje na kontynuację ich historii. Mimo iż poprzez swoje dzieła twórca zapewnia sobie nieśmiertelność w pamięci czytelników, to jednak jego talent i potencjał przepada na zawsze, a wraz z nim wszystkie kolejne książki, których nie zdążył napisać. Nigdy nie dowiemy się, jak wspaniałe i wiekopomne historie mogły kiełkować w umysłach zmarłych pisarzy, ile jeszcze pomysłów i opowieści gnieździło się w ich głowach, czekając, aż zostaną przelane na papier — nie mówiąc już o tych ludziach, którzy pisarzami nigdy nie zdążyli zostać, bowiem ich życie zakończyło się, zanim podzielili się swoim talentem ze światem.

Stieg Larsson jest ciekawym przypadkiem. Zmarł na zawał serca w 2004 roku, na krótko przed ukazaniem się trylogii „Millennium”, na którą składały się „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, „Dziewczyna, która igrała z ogniem” oraz „Zamek z piasku, który runął”. Plotki głoszą, że „Millennium” z czasem miało rozrosnąć się do dziesięciotomowej serii. Ciekawa jestem, czy Larsson, pisząc trylogię, zdawał sobie sprawę z tego, że tworzy jedną z najpopularniejszych powieści pierwszej dekady nowego tysiąclecia, a także powołuje do życia postacie, które przeżyją nie tylko jego, ale także jego czytelników. Siłą „Millennium” jest bowiem nie tylko rzetelnie opisana ponadczasowa opowieść z wyrazistym przesłaniem, ale także zasiedlające ją postacie, a w szczególności jedna z nich — Lisbeth Salander. Ta zamknięta w sobie, społecznie nieprzystosowana hakerka z bagażem poważnych życiowych doświadczeń jest prawdziwym klejnotem jaśniejącym wśród tysięcy identycznych, szablonowych bohaterek kobiecych wpisujących się w nieznośnie wyświechtane schematy mimozowatych księżniczek, seksownych wampirzyc i udręczonych życiem matek. Larsson poprzez postać Lisbeth stworzył nową jakość kobiecej postaci, która wymyka się wszelkim schematom, a zarazem ma w sobie tyle siły i odwagi, by zmieniać świat. Dzięki Lisbeth oraz jej historii kobiety na całym świecie mogły dowiedzieć się, że naturalną reakcją na krzywdę nie musi być wstyd i strach, lecz gniew i pragnienie zemsty, że mogą dochodzić swoich praw i że nawet gwałt nie odbiera im godności ani człowieczeństwa. Fakt, że książki wyszły spod pióra mężczyzny, tym bardziej wzmacnia to przesłanie. Nikt nie chciałby zadrzeć z kobietą taką jak Lisbeth, która mimo swojej wrogiej powierzchowności nie jest wcale złą ani szaloną osobą. Prawdziwie niebezpieczna jest tylko dla jednej grupy ludzi: mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet.

Nic dziwnego zatem, że przedwczesna śmierć Stiega Larssona była tragedią nie tylko dla jego najbliższych, ale także dla czytelników na całym świecie, którzy pochłaniali kolejne strony trylogii „Millennium”, wiedząc, że cokolwiek się w niej wydarzy, historia Lisbeth nie będzie już mieć dalszego ciągu. A zdecydowanie na niego zasługiwała, bo choć trzy części stanowią zamkniętą historię, to jest w niej sporo wątków, które aż proszą się o kontynuację i najprawdopodobniej to właśnie było zamiarem pisarza. Kolejna pogłoska twierdzi, że Larsson zdążył napisać około dwustu stron czwartej części „Millennium”, które znajdują się w prywatnym laptopie należącym do jego życiowej partnerki, Evy Gabrielsson. Niestety, choć to bardzo ironiczne w kraju tak lewicowym jak Szwecja, wieloletni związek Evy ze Stiegiem nie pozostawił jej żadnych praw do twórczości towarzysza życia — po jego śmierci wszystko, łącznie z prawem do twórczości Larssona, otrzymała jego rodzina, ojciec i brat. Konflikt pomiędzy nimi a partnerką pisarza doprowadził do impasu — ona nie może napisać kontynuacji „Millennium”, mimo że niewątpliwie miałaby do tego największe prawo, ponieważ Larsson konsultował z nią wiele wątków swojej powieści i na pewno zwierzał się jej także z pomysłów na kolejne części. Rodzina z kolei nie ma dostępu do notatek pisarza i szkicu kolejnej książki, ponieważ znajdują się w posiadaniu jego partnerki, nie mogą także liczyć na to, że Eva dobrowolnie pomoże im w pisaniu kontynuacji. W tej sytuacji chyba najbardziej uczciwym wyjściem byłoby pozostawić historię Lisbeth niedokończoną, w takiej formie, w jakiej zostawił sam twórca. Najwyraźniej jednak pokusa wyprodukowania murowanego bestsellera, a co za tym idzie, łatwych pieniędzy, była zbyt silna. Dlatego właśnie powstała czwarta część „Millennium”, zatytułowana „Co nas nie zabije”, a jej autorem jest David Lagercrantz, szwedzki pisarz i dziennikarz, znany m.in. z biografii szwedzkiego piłkarza „Ja, Ibra”.

conas Czytaj więcej »

22. lip 2015 - horrory    Brak komentarzy

Baśń o spleśniałym domku

Chodź, opowiem ci bajkę o spleśniałym domku — tak mógłby brzmieć początek mojej ulubionej książki grozy. Zapewne większość czytelników ma takie historie, do których często wraca, a każde ponowne spotkanie jest niczym powrót do domu. Dla mnie jedną z takich książek jest „Dom czarów” Jamesa Herberta, mimo iż dom, o którym opowiada, wcale nie zachęca do wejścia trzaskającym w kominku ogniem ani gorącą herbatką. No, gwoli ścisłości, jest kominek. Jest nawet herbatka. Ale zupełnie nie taka, jakiej mógłby się spodziewać strudzony przechodzień.

Mike i Midge. Młoda para zakochanych z wzajemnością ludzi. Obydwoje obdarzeni artystyczną duszą (on muzyk, ona plastyczka), szukają właśnie swojego miejsca na ziemi. Szczególnie Midge czuje, że dusi się w mieście i potrzebuje zmiany scenerii, poza tym martwi się o swojego partnera, któremu miejskie towarzystwo zbytnio nie służy. W tym celu co tydzień przegląda gazety w poszukiwaniu ogłoszeń o sprzedaży domu za miastem. Tego dnia, kiedy znajduje informację o domu zwanym Gramarye, ma przeczucie, że tym razem to jest to — miejsce, w którym razem z Mikiem odnajdą wreszcie spokój i harmonię. Rozczarowaniem jest cena domu, która okazuje się zbyt wysoka, lecz wkrótce na każde z nich spadają nagłe zlecenia, pozwalające w błyskawicznym tempie zdobyć brakującą sumę. Wszystko układa się pomyślnie. I tylko Mike ma nieodparte wrażenie, że zbyt łatwo poszło…

dom Czytaj więcej »

Podróż w głąb siebie

Każdy, kto mnie zna, wie, że — delikatnie mówiąc — nie przepadam za sportem. Jest to wada, której nie jestem w stanie wykorzenić, mimo wielu prób. Nie ciągnie mnie tak modny obecnie rower, reaguję alergicznie na samą myśl o wszelkich sportach zespołowych, zaś sama myśl o zapisaniu się do jakiejś grupy fitnessowej, gdzie pod okiem trenera będę się pocić i jeszcze bardziej uświadamiać sobie wszelkie braki i niedoskonałości własnego ciała, wywołuje u mnie dreszcze. Z trudem zmuszam się do porannych ćwiczeń i biegania po parku, często przegrywając z własnym lenistwem. Istnieje jednak pewna aktywność, którą wielbię bezgranicznie, a są to piesze wędrówki. Chodzenie zupełnie mnie nie męczy, mogę wędrować cały dzień, jeśli tylko krajobraz się zmienia, a pogoda bardzo nie przeszkadza (przy czym zdecydowanie wolę spacerować w deszczu niż w upale). Owszem, nie jest to zbyt forsowny wysiłek, lecz biorąc pod uwagę, jak trudno mi się zmusić do półgodzinnej gimnastyki, zdecydowanie bardziej opłacalne jest dla mnie wielogodzinne spokojne wędrowanie z wieloma przerwami na podziwianie widoków i robienie zdjęć. Kiedy widzę, że mój wysiłek ma jakiś sens, że po kilku godzinach marszu mogę usiąść na szczycie góry i spojrzeć na rozpościerającą się pode mną przestrzeń, wtedy kompletnie nie obchodzą mnie zmęczone nogi i przepocona koszulka. To jest ten moment, kiedy naprawdę czuję, że żyję.

„Dzika droga” Cheryl Strayed to opowieść autobiograficzna o wędrówce, która całkowicie przewartościowała życie autorki. Historia zaczyna się dość banalnie, jak większość tego typu książek o szukaniu dla siebie nowego miejsca w świecie, który nagle przestał mieć sens. Cheryl traci matkę, a następnie sama wpędza się w spiralę destrukcji, niszcząc udane małżeństwo i staczając się coraz niżej. Punktem zwrotnym w jej życiu jest zetknięcie się z przewodnikiem po Pacific Crest Trail, pieszym szlaku turystycznym, ciągnącym się przez ponad 4200 kilometrów przez Kalifornię, Oregon i Waszyngton. Widok gór, jezior i lasów przyciąga Cheryl jak magnes, przywodząc na myśl oczyszczenie i wewnętrzny spokój. Cheryl potrzebuje zmiany, a także udowodnienia samej sobie, że jest coś warta. Przebycie pieszo 1700-kilometrowego odcinka trasy ma ją od nowa nauczyć życia i uświadomić, co jest tak naprawdę ważne.

droga Czytaj więcej »

19. maj 2015 - przepisy    Brak komentarzy

Kaszalociki po góralsku

Dziś będzie o jedzeniu. Pomysł na kotlety z kaszy gryczanej nie jest mój (dziękuję Vilkowi, który podsunął mi tę ideę), natomiast o góralski akcent wzbogaciłam go własnoręcznie. Jak zwykle przepraszam za niezbyt wyrafinowaną prezentację — w dziedzinie food porn czuję się tylko trochę lepiej niż w fizyce kwantowej — i jak zwykle zaznaczam, że jedzenie smakuje znacznie lepiej niż wygląda, w skromnym wnętrzu skrywając bogactwo smaku :)

kaszalociki Czytaj więcej »

Wędrówki głodnego ducha

Jak już wspominałam w poprzedniej notce, coraz bardziej wciąga mnie czytanie o chińskiej kulturze dzięki powieściom napisanym przez Lisę See. Czytanie jej książek zawsze powoduje u mnie dziwny dysonans — z jednej strony, opisy starożytnych tradycji takich jak krępowanie stóp małym dziewczynkom wzbudzają we mnie mnóstwo negatywnych emocji, od współczucia po wściekłość, z drugiej jednak, w jakiś niewytłumaczalny sposób autorka jest w stanie przedstawić świat ówczesnych Chin w sposób niezwykle piękny, wręcz nierealny i baśniowy, niczym malowidło akwarelą na płótnie. Najwidoczniej jestem odosobniona w moich opiniach, ponieważ książki autorki wypełniają kosze z przeceną w marketach, dzięki czemu bardzo łatwo jest dostać piękne wydania w twardej oprawie w naprawdę śmiesznych cenach. Po książce „Kwiat śniegu i sekretny wachlarz” przyszła kolej na „Dziewczęta z Szanghaju”, bardziej współczesną opowieść, która podobała mi się nieco mniej, dziś natomiast chciałabym się skupić na „Miłości Peonii”, której akcja rozgrywa się w siedemnastowiecznych Chinach.

peonia Czytaj więcej »

Jak poćwiartować męża i podać z sosem sojowym

Wybaczcie tabloidowy tytuł, ale potrzebowałam jakoś przykuć uwagę, ponieważ blog na długi czas umarł ;) Od tej pory będzie poważnie, obiecuję.

 

Ostatnio wyraźnie ciągnie mnie w kierunku kobiecej literatury azjatyckiej. Podczas gdy Lisa See wciąż mnie zaskakuje, ukazując w swoich opowieściach okrutną, ale i zarazem niezwykle piękną i magiczną naturę Chin, japońska pisarka Natsuo Kirino wciąga w mroczny i brudny świat nocnej pracy, zmęczenia, mafii i konsekwencji niespełnionych pragnień w swoim thrillerze zatytułowanym „Ostateczne wyjście”.

W tokijskiej fabryce produkującej zestawy obiadowe pracują na nocną zmianę cztery kobiety. Każda z nich wybrała ten rodzaj pracy ze względu na wyższą stawkę godzinową, mimo iż dla żadnej z nich nie jest to praca marzeń. Z jednej strony monotonia, wysiłek fizyczny, dokuczliwe zapachy, których ciężko się pozbyć, z drugiej przygnębienie związane z ciemnością, brakiem snu o normalnej porze, ograniczonym kontaktem ze światem i koniecznością zachowania większej ostrożności wśród niebezpieczeństw nocy. Praca nie jest jednak jedynym problemem bohaterek — jeszcze więcej zgryzot przysparza każdej z nich życie osobiste. Masako jest znużona życiem z mężem i synem, czując, że każde z nich coraz bardziej oddala się w sobie tylko znanym kierunku. Yoshie, sama będąc starszą kobietą, musi podołać opiece nad córką oraz niedołężną teściową. Kuniko zmaga się z długami, nadwagą, kompleksami i związkiem, w którym wszelkie uczucie dawno się wypaliło. Yayoi, matka dwóch małych synów, męczy się w związku z brutalem, alkoholikiem i hazardzistą. Wspólne rozmowy podczas pracy pozwalają im spojrzeć z boku na swoje życie, ale także są pretekstem do porównań i wzajemnej zazdrości.

ostateczne Czytaj więcej »

28. wrz 2014 - dramaty, obyczajowe    1 komentarz

Opowieść bezużytecznej gałązki

Mam ostatnio szczęście do dobrych książek o Chinach. Podobnie jak w przypadku „Ostatniego kucharza”, także i ten wpis będzie dotyczyć książki wygrzebanej na chybił trafił z promocyjnego kosza w markecie. Tym razem jednak nie będzie to ciepła i podnosząca na duchu opowieść opisująca przyjemne i smakowite oblicze Chin, ale coś znacznie mniej optymistycznego — wpis ten chcę poświęcić powieści „Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz” Lisy See.

Każdy naród ma swoje tradycje. Niektóre z nich są bardziej sensowne, inne mniej, część jest piękna, część niezrozumiała, a część także okrutna. Dziewiętnastowieczne Chiny słynęły z krępowania małym dziewczynkom stóp — tzw. złote lilie, czyli bardzo drobne stopy z palcami zwiniętymi na kształt kwiatu lotosu, były największym kobiecym atutem oraz oznaką dobrego pochodzenia. W każdym porządnym domu dziewczynki w wieku sześciu, siedmiu lat poddawano takim torturom — krępowano im stopy bandażami, a następnie zmuszano do chodzenia, aby złamać kości śródstopia oraz palce. Część dziewczynek umierała z powodu zakażenia jeszcze w trakcie tego procesu. Te, które przeżyły, a ich stopy pomyślnie przeszły transformację w kwiaty lotosu, mogły liczyć na dobre zamążpójście. Kobiety, którym z jakiegoś powodu nie skrępowano w dzieciństwie stóp, zostawały jedynie służącymi bądź „małymi synowymi” czyli w zasadzie niewolnicami lub nałożnicami w bogatych domach. Łatwo zgadnąć, że nie był to przyjemny los, toteż chińskie matki gorliwie przystępowały do bandażowania stóp swoim córkom, chcąc zapewnić im szansę na godne życie w przyszłości.

kwiat

Czytaj więcej »

13. wrz 2014 - obyczajowe    Komentarzy: 2

Coś optymistycznego

Lato powoli nam ucieka, noce robią się coraz dłuższe i chłodniejsze… a ja właśnie znalazłam książkę w sam raz na wakacje. No, gwoli ścisłości, to raczej książka mnie znalazła, ale mniejsza o to ;) Po serii mrocznych i krwawych kryminałów (nie tylko skandynawskich) trafiła mi się lektura zupełnie innego gatunku — lekka, ciepła i bardzo optymistyczna. Do tego stopnia, że choć w zasadzie jestem jesieniolubna i nie mogę się doczekać listopadowej pluchy za oknem doprawionej gorącą herbatą i — a jakże — książką, to po odłożeniu na półkę tej powieści zatęskniłam za słońcem i mam nadzieję, że jeszcze nie zwinęło się na stałe w tym roku.

Mowa tutaj o „Rudych”, których autorką jest Ewa Gogolewska-Domagała. „Rude”, a właściwie to „Rud€”, bo tak zatytułowana jest ta opowieść, to kontynuacja wydanej w 2010 roku powieści „Blondie$”. Prawdę mówiąc, nie do końcu rozumiem zamysł autorki z umieszczaniem w tytułach symboli walut. Początkowo sądziłam, że książka będzie opowiadała o zarobkowych emigrantkach, okazuje się jednak, że tytułowe Rude jedyne, co mają wspólnego z pieniędzmi, to to, że je po prostu mają i mogą wydać na daleką podróż ;) Nie czytałam „Blondie$”, ale autorka zamieszcza ich fragment na samym początku, dzięki czemu czytelnik ma jako takie pojęcie o tym, co się wydarzyło. Także w trakcie snucia swojej opowieści niejednokrotnie wkłada w usta bohaterów różne wyjaśnienia i aluzje do poprzednich zdarzeń, tak więc znajomość blondynek nie jest wcale konieczna, aby móc poznać rude.

rude Czytaj więcej »

30. sie 2014 - obyczajowe, przepisy    Brak komentarzy

Kulinarna podróż: Chiny

Lubię książki, które przytrafiają mi się przypadkowo. Zdarza się tak, że o danym tytule wiem już na kilka miesięcy przed premierą, wyczekuję na nią i kiedy wreszcie udaje mi się dostać książkę w swoje ręce, okazuje się, że miałam zbyt wysokie oczekiwania. Są jednak takie książki, które trafiają na mój regał zupełnie przypadkiem, wyszperane na szybko w przydworcowej księgarni albo w marketowym koszyku z promocjami, i czasami to właśnie wśród nich natrafiam na tytuł, do którego będę wracać.

Jedną z takich książek jest „Ostatni kucharz chiński” Nicole Mones, którą przygarnęłam właśnie z takiego stosiku opatrzonego smętną kartką „Wszystko po 9,99” podczas zakupów w markecie. Opowieść ta należy do tego rodzaju, który ja nazywam „historiami drugiej szansy”, czyli dość popularnych powieści, w których bohaterka (rzadziej bohater) z wielkim hukiem kończy nieudany rozdział swojego życia i zaczyna kolejny, zazwyczaj na drugim końcu świata, niejako ucząc się korzystać z życia na nowo. Jedną z bardziej znanych przedstawicielek tego gatunku jest „Pod słońcem Toskanii”, w której bohaterka zaczyna nowe życie na drugim końcu świata, odnajdując tam wreszcie swoje miejsce, harmonię i spokój ducha. Lubię takie opowieści i nie przeszkadza mi, że w gruncie rzeczy jest to wciąż ta sama historia, ze zmienionymi jedynie bohaterami i miejscami. Nieważne, ile razy czytam podobne powieści, za każdym razem odnajduję w nich ten sam optymizm i radość życia, a także nadzieję, że nigdy nie jest za późno, by odnaleźć swoje miejsce w świecie.

kucharz Czytaj więcej »

30. lip 2014 - przepisy    Brak komentarzy

Włoskie tagliatelle patriotyczne

Tym razem nie będzie to mój autorski przepis — został on zaczerpnięty z takiej śmiesznej małej książki — ale jest to danie na tyle oryginalne, a zarazem łatwe w przyrządzeniu, że warto o nim napisać. Trójkolorowy makaron udekorowany świeżą bazylią wygląda wdzięcznie na talerzu, a że moje potrawy zazwyczaj smakują lepiej niż wyglądają, to często przyrządzam go, gdy mamy gości ;) Danie to nie wymaga wielkiego nakładu pracy, choć gotowanie na trzy garnki może powodować trochę bałaganu, szczególnie, że jedną z części składowych jest sos pomidorowy. Polecam fartuszek ;)

tagliatelle Czytaj więcej »

Strony:12345»